Trzeba wyraźnie oddzielić zdrowe odżywianie od wszelkich diet. Tu nie chodzi tylko o słowa – nazywanie wszystkich sposobów odżywiania się dietą. Chodzi o sprawę zasadniczą, a mianowicie o podstawy, na których bazują te dwa tak od siebie różniące się nurty nakazujące odmienne sposoby odżywiania.
Pod pojęciem diety rozumiemy dwa sposoby odżywiania się: manieryczny i medyczny.
Diety manieryczne oparte są na względach religijnych, etycznych albo upodobaniach kulinarnych, szczególnie wstręcie do jedzenia pewnych rodzajów pożywienia. Przykładem tego nurtu może być wegetarianizm albo jego skrajna odmiana – weganizm.
Diety medyczne oparte są na założeniu, że nie ma ludzi zdrowych, a jedynie źle zdiagnozowani, więc każdego człowieka trzeba leczyć, a dieta jest jednym z elementów każdej kuracji. Diety medyczne opracowywane są przez dietetyków, a za podstawę przyjmują odkrycia nowej dziedziny wiedzy – biochemii.
Mimo że są od siebie tak różne, wszystkie diety mają jedną wspólną cechę – jakościowe zubożenie pożywienia poprzez wyeliminowanie jakiejś grupy produktów żywnościowych. Inaczej mówiąc: istotą każdej diety jest zubożenie substancji odżywczych. Toteż diety w chorobach, podobnie jak leki, mogą przynieść pewne korzyści zdrowotne, natomiast uporczywe trwanie przy diecie czy lekach, na dłuższą metę jest po prostu rujnowaniem zdrowia.
Zasady zdrowego odżywiania oparte są nie na odkryciach naukowych, lecz są kontynuacją sposobu odżywiania się naszych przodków, z uwzględnieniem dostosowania się do warunków klimatycznych i regionalnych, zwanych tradycją kulinarną.
Ludzki gatunek nie pojawił się w XX wieku, gdy na masową skalę wprowadzono margarynę, genetycznie zmodyfikowaną soję, chipsy, coca-colę, fast-foody, rafinowaną żywność, liczenie kalorii, unikanie cholesterolu oraz najrozmaitsze diety mające być bardziej naturalne od dotychczasowego, tradycyjnego sposobu odżywiania się.
Ludzki gatunek ma za sobą kilka milionów lat ewolucji, a nasze przewody pokarmowe dziedziczymy po odległych przodkach, co stwarza pewien problem. Otóż ludzki przewód pokarmowy nie nadąża za postępem technologicznym w produkcji żywności, a także nie chce się dostosować do naukowych, czyli bardzo mądrych teorii odżywiania opracowywanych przez Światową Organizację Zdrowia, które jako żywo przypominają przysłowiową próbę dopasowania konia do chomąta. Nie może zatem dziwić, że diety opracowywane przez tę organizację „zdrowia” mają charakter raczej chorobotwórczy, więc co rusz są zmieniane, a każda następna ma być już tą najlepszą, dopóki się nie okaże, że ta też jest tak samo chorobotwórcza, jak wszystkie inne.
A skoro tak, skoro konia do chomąta dopasować się nie da, nie pozostaje nic innego, jak dopasować chomąto do konia – nie ma rady. Toteż zasady zdrowego odżywiania bazują na atawistycznych predyspozycjach naszego gatunku, a także upodobaniach kulinarnych naszych ludzkich przodków biorących swe korzenie z epoki paleolitu, gdyż ewolucja jest procesem bardzo powolnym, w naszym, ludzkim odczuciu upływu czasu. Tymczasem kilka tysięcy lat, dla nas okres niewyobrażalny, dla ewolucji jest ledwie zauważalnym kroczkiem na drodze przemian gatunkowych.
Kolebką ludzkości jest prekambryjska Platforma Afryka, którą zamieszkiwali wspólni przodkowie małp człekokształtnych i człowieka. Około 10 mln lat temu, w wyniku wypiętrzenia się pasm górskich Wielkich Rowów Afrykańskich, klimat Afryki zróżnicował się na wilgotne lasy równikowe zachodniej i suche sawanny wschodniej części Afryki. Z naszych wspólnych przodków w warunkach lasów równikowych rozwinęła się linia ewolucyjna naczelnych, zaś w wyniku adaptacji do warunków bezdrzewnej sawanny ewoluowały populacje przodków człowieka.
Pierwszymi formami tej linii ewolucyjnej były australopiteki, które pojawiły się około 5 mln lat temu. Miały masywną, wysuniętą do przodu twarzoczaszkę i niski wzrost. Posiadały niewielką jeszcze pojemność czaszki (około 500 cm3), lecz już poruszały się na dwóch nogach. Zredukowaniu uległy kły i diastema (charakterystyczna dla małp przerwa między kłem a siekaczami). Australopiteki były wszystkożerne – na ich pożywienie składały się bulwy, owoce, jaja ptaków, drobne bezkręgowce oraz mięso większych zwierząt, zdobyte w wyniku prostych form polowania. Nie gardziły także padliną. Nie ma dowodów, że australopiteki produkowały narzędzia, lecz nie można wykluczyć, że posługiwały się nie obrobionymi kośćmi, kamieniami czy patykami.
Przed około 3 mln. lat z grupy australopiteków wyodrębnił się pierwszy gatunek człowieka. Był już wyższy, jego sylwetka była bardziej wyprostowana, a tym samym był lepiej przystosowany do poruszania się na dwóch nogach. Miał delikatniejszą, lepiej wysklepioną czaszkę o większej pojemności (700 - 800 cm3).
Budowa anatomiczna kości dłoni wskazuje, że posiadał on zdolność wykonywania precyzyjnych czynności. Na podstawie badań archeologicznych wiemy, że ponad 2 mln lat temu człowiek ten wytwarzał pierwsze narzędzia kamienne, stąd też nadano mu nazwę gatunkową Homo habilis (człowiek zręczny).
Kolejny gatunek człowieka – Homo erectus (człowiek wyprostowany) pojawił się w Afryce około 2 mln lat temu. Charakteryzują go silnie rozwinięte wały nadoczodołowe, pochylone czoło oraz masywne i wysunięte do przodu szczęki. Jego wzrost i proporcje ciała zbliżone były do człowieka współczesnego. W wyniku ewolucji u tego gatunku znacznie powiększyły się rozmiary mózgu: od 800 cm3 u najwcześniejszych form, do około 1.200 cm3 form późniejszych. Taka pojemność mózgu „zahacza” już o zakres mózgu współczesnego człowieka wahającą się między 1.000 a 2.000 cm3.
Homo erectus udoskonalił technikę produkcji narzędzi, dobrze opanował sztukę polowania, a także nauczył się rozniecać ogień. Jako pierwszy wywędrował z Afryki. Ponad 1,5 mln lat temu dotarł do zachodniej Azji, a około miliona lat temu do Europy. Również na terenie dzisiejszej Polski odkryto narzędzia datowane na około 500 tys. lat temu, produkowane przez Homo erectus.
Około 500 tys. lat temu wśród europejskich populacji Homo erectus wyodrębnia się gatunek zwany człowiekiem neandertalskim, który z nieznanych powodów wymarł około 35 tys. lat temu.
Około 200 tys. lat temu z afrykańskiej linii Homo erectus rozwijają się pierwsi przedstawiciele naszego gatunku – Homo sapiens (człowiek rozumny). Około 45 tys. lat temu człowiek współczesny dotarł do Europy, gdzie zastał grupy neandertalczyków, które wymarły dopiero ok. 10 tys. lat później.
Od swoich przodków Homo sapiens różni się cofniętą twarzoczaszką i rozwiniętą mózgoczaszką, delikatną budową szkieletu, wyższym wzrostem oraz zdolnością do artykułowanej mowy.
Tak się składa, że na okres kształtowania się gatunku ludzkiego na terenach dzisiejszej Europy przypada okres częstych zmian klimatycznych (epoka lodowcowa zwana plejstocenem), gdy olbrzymie lodowce kontynentalne – lądolody pokrywały znaczną część kontynentu. Obrzeża lądolodu pokrywała plejstoceńska tundra, zaś cieplejsze rejony środkowe i południowe kontynentu porastały bory plejstoceńskiej tajgi.
Okres ten zwany jest erą wielkich ssaków (megafauny), a głównymi jej przedstawicielami na kontynencie europejskim były: żubr pierwotny (do 2,5 m wysokości, ważący do 2,5 tony), mamut włochaty (do 3 m wysokości, ważący do 6 ton), piżmowół (do 1,5 m wysokości, ważący do 0,5 tony), jeleń olbrzymi (do 2 m wysokości, ważący do 0,5 tony), wymarły w XVII wieku przodek bydła domowego - tur (do 1,9 m wysokości, ważący do 1 tony), a także niedźwiedź jaskiniowy (do 1,7 m wysokości, ważący do 1 tony) i hiena jaskiniowa (dwukrotnie większa od obecnej hieny cętkowanej).
Wraz z nadejściem lata roślinność tundry gwałtownie budzi się do życia. Rośliny starają się jak najlepiej wykorzystać krótkotrwałe nasłonecznienie, więc szybko rozwijają mięsiste liście potrzebne do wychwycenia skąpej ilości energii słonecznej. Wiele ziół wydaje kolorowe kwiaty, więc w tym krótkim okresie lata tundra mieni się wszystkimi kolorami tęczy. Na drobnych krzewinkach dojrzewają borówki i maliny.
Zimowe miesiące zwierzęta plejstoceńskie spędzały w cieplejszych lasach borealnych tajgi, w których wyściółkę stanowi zeschnięte igliwie, więc dla roślinożerców nie są to warunki korzystne, zwłaszcza dla olbrzymów megafauny potrzebujących sporych ilości pokarmu. Toteż z nastaniem lata rozpoczynała się wędrówka stad na północ do bogatych pastwisk plejstoceńskiej tundry, gdzie mogły zgromadzić odpowiednie zapasy tłuszczu na kolejną zimę. Po krótkim lecie tundrę zalega gruba pokrywa śnieżna, więc stada tych olbrzymich zwierząt udawały się z powrotem w cieplejsze rejony plejstoceńskiej tajgi.
Nasi przodkowie w epoce paleolitu, zwanej epoką kamienia łupanego, przy pomocy prymitywnych narzędzi kamiennych (otoczaków, rozłupców i pięściaków) potrafili już z drewna, kamienia i części zwierzęcych (rzemieni skórzanych, ścięgien, kości, kłów mamutów) wytworzyć proste narzędzia – łuki, groty strzał i oszczepów, kolce maczug, harpuny, igły.
Ubierali się w ciepłe, delikatne skóry zwierząt futerkowych, głównie niedźwiedzi, kun, lisów i borsuków, na które polowali strzelając z łuku, albo zastawiając pułapki.
Okresowo na mieszkania zajmowali jaskinie skalne, ale przeważnie mieszkali w namiotach, których szkielety stanowiła zmyślna kombinacja kości zwierzęcych i gałęzi. Czasami wejścia do namiotu wykonane były z dwóch wkopanych w ziemię mamucich kłów, złączonych u góry na kształt gotyckich odrzwi. Z wierzchu namioty pokryte były zwierzęcymi skórami, z których wykonane było także wejście do namiotu.
Głównym ich zajęciem było polowanie na duże zwierzęta należące do wymarłej już megafauny, których liczne stada wędrowały między tajgą a tundrą, zmuszając tym samym naszych paleolitycznych przodków do podążania w ślad za nimi.
Ludzie epoki paleolitu byli doskonałymi myśliwymi. Najchętniej polowali na jelenie olbrzymie, żubry pierwotne oraz innych trawożernych przedstawicieli megafauny. Wiedli koczowniczy tryb życia (bez stałych osad) więc nie było potrzeby przenoszenia zabitych zwierząt do odległych siedlisk (najmniejsze ważyły pół tony), tylko siedliska zakładali opodal. Tacy byli praktyczni.
Nie musieli martwić się o świeżość mięsa, gdyż klimat epoki lodowcowej sprzyjał przechowywaniu żywności „na dworze”. Odcinali więc kamiennymi nożami kawały mięsa, piekli na ogniu i jedli do woli. Gdy po obfitym posiłku czuli, że mięso jakoś stoi w żołądku, wiedzieli, że ulgę przynosi zjedzenie pewnych owoców leśnych, liści, korzonków czy kłączy dziko rosnących roślin.
Po pewnym czasie jadalnych roślin w pobliżu obozowiska zaczęło brakować i trzeba było szukać je coraz dalej. A że po obfitym posiłku nie chce się nigdzie chodzić – poszli więc po rozum do głowy i rośliny zbierali przed posiłkiem. W ten oto sposób człowiek epoki paleolitu wynalazł dodatki do dań mięsnych, czyli dobrze nam znane surówki. Ponieważ jedzenie wciąż tej samej żywności może się znudzić, do przyrządzanego mięsa zaczęto dodawać soli oraz wonnych i ostrych ziół. Innymi dodatkami do jadłospisu naszych przodków były występujące sezonowo jajka ptaków, grzyby, orzechy, leśne owoce, a także nasiona dziko rosnących zbóż.
Badacze są zgodni co do tego, że ludzie w epoce paleolitu na zdobycie pożywienia poświęcali nie więcej, jak cztery godziny dziennie. Mieli więc dużo wolnego czasu, który wykorzystywali na wytwarzanie i doskonalenie narzędzi do polowań, albo omawiali nowe sposoby zasadzek na zwierzynę. Jedli więc i siedzieli, bo albo coś dłubali, albo dyskutowali, i tym sposobem doskonalili ludzką mowę. A było to możliwe tylko dzięki temu, że odżywiali się najbardziej odżywczym pożywieniem jakie stworzyła natura – mięsem.
10 tysięcy lat temu klimat Ziemi gwałtownie ocieplił się, lodowce ustąpiły, plejstocen zmienił się w holocen, z terenów dzisiejszej Europy znikły plejstoceńskie tundry i tajgi, a ich miejsce zajęły rozprzestrzeniające się na cały kontynent nieprzebyte puszcze.
Zmiana warunków klimatycznych wywarła istotny wpływ na życie zwierząt roślinożernych. Nie zbierały się już w olbrzymie stada, by wiosną wędrować w kierunku tajgi, obfitującej o tej porze roku w bujne trawy, zioła i pożywne mchy, lecz pojedynczo lub w niewielkich grupach zajęły odpowiadające im terytoria na terenie bezkresnej puszczy.
Skoro ilość zwierzyny w każdym miejscu puszczy była mniej więcej taka sama, to dotychczasowy koczowniczy tryb życia naszych paleolitycznych przodków przestał mieć jakikolwiek sen. W tych warunkach naszym przodkom nie pozostało nic innego, jak osiąść na jednym miejscu, założyć stałe osady, zaś na polowanie wyruszać nieopodal – do puszczy, wśród której żyli.
Okres przechodzenia skupisk ludzkich od wędrownego trybu życia związanego ze zbieractwem, myślistwem i łowieniem ryb do trybu osiadłego, w którym źródłem utrzymania stało się rolnictwo i chów zwierząt, nazwany został neolitem. W porównaniu do poprzednich etapów ewolucji człowieka, epoka neolitu trwała bardzo krótko, bo zaledwie 3 tysiące lat, jednak nastąpiły w niej przemiany rozwojowe naszego gatunku tak znamienne, że obecnie nazwa się je rewolucyjną neolityczną.
To właśnie dzięki rewolucji neolitycznej jesteśmy takimi, jakimi jesteśmy – ludźmi cywilizowanymi. Wśród wielu zjawisk, które nie występowały wcześniej, lecz pojawiły się dopiero w neolicie, zaliczyć należy:
Rewolucja neolityczna wywarła także istotny wpływ na sposób odżywiania się naszych przodków. Nie było już tak, jak dotychczas, że wszyscy członkowie grupy żywili się tym samym – mięsem upolowanych zwierząt, rybami, jajkami, orzechami. W neolicie, w wyniku powstania hierarchii społecznej, mięso zwierząt hodowlanych oraz inna wartościowa żywność była zarezerwowana dla warstwy rządzącej, natomiast pozostali, mimo że tę żywność wytwarzali, musieli zadowolić się podlejszą strawą – chlebem oraz mlekiem i jego wyrobami, ale za wyjątkiem masła, które także było zarezerwowane dla warstwy rządzącej. Mimo wszystko ludzie niskiego stanu cieszyli się, gdy mieli w ogóle co jeść, gdyż w latach nieurodzajnych nawet tej podlejszej strawy dla nich nie starczało.
Można zatem powiedzieć, że w neolicie zdecydowana większość ludzkiej populacji przeszła na żywność nieludzką – produkty skrobiowe, czyli usposabiające do cukrzycy i otyłości wysokoenergetyczne węglowodany, a także mleko pozyskiwane od hodowlanych zwierząt kopytnych, ze swej natury przeznaczone dla cieląt, z dużą zawartością kazeiny służącej do wzrostu racic i zawiązków rogów. Tutaj rodzi się pytanie: jak to jest możliwe, że żywność usposabiająca do otyłości, cukrzycy oraz wszelkich chorób zwyrodnieniowych... tych chorób nie wywoływała? Otóż co do otyłości, to zapobiegała jej ciężka praca przy karczowaniu puszczy, uprawie roli i hodowli zwierząt, z cukrzycą to nie wiadomo jak było, natomiast jeśli chodzi o zwyrodnienia, to kopalne szczątki świadczą, że występowały one na podobną do dzisiejszej skalę.
Historia lubi się powtarzać. Nie można nie zauważyć, że obecne warunki jako żywo przypominają te z epoki paleolitu – zdobywanie pożywienia bez konieczności wkładu ciężkiej pracy fizycznej, dostatek tego pożywienia oraz przewód pokarmowy przystosowany do trawienia mięsa, wzbogaconego w surówki i rozmaite zioła, dziś zwane przyprawami.
Ponieważ inteligencją zwie się zdolność przystosowania do zmieniających się warunków środowiska, więc wrodzona inteligencja, odziedziczona po przodkach, każe nam wyciągnąć wnioski również w kwestii odżywiania i wrócić do tych zasad, które zostały dobrze wypróbowane przez tysiąclecia istnienia gatunku ludzkiego.
Okres rolnictwa, w którym ludzie w dużej mierze (z konieczności) odżywiali się niepełnowartościowymi dla naszego gatunku płodami rolnymi, trwał 7 tysięcy lat. Dużo to, czy mało? Dla człowieka to szmat czasu, ale dla ewolucji, która nasz gatunek kształtowała przez miliony lat, to okamgnienie, w którym w cechach gatunkowych nic istotnego wydarzyć się nie może. Toteż jesteśmy spadkobiercami cech naszych przodków z epoki paleolitu i jeszcze długo nic się w tej sprawie nie zmieni. Zresztą bardzo wątpliwe jest, by człowiek w procesie doboru naturalnego, z mięsożercy, miał się kiedykolwiek przeistoczyć w zjadacza tłuszczów trans, oczyszczonych węglowodanów, rafinowanych olejów oraz innej przemysłowo przetworzonej żywności. Wprost przeciwnie: odszczepieńcy przechodzący na ten rodzaj pożywienia wydają się być na wymarciu, i gdyby nie masowe stosowanie leków podtrzymujących życie (chemicznych, a ostatnio także pochodzenia naturalnego, zwanych suplementami) – pewnie już by wyginęli.
Nie chodzi tutaj bynajmniej o konkretne przepisy kulinarne, lecz o generalną zasadę prawidłowego odżywiania opartą na wiedzy o fizjologii ludzkiego przewodu pokarmowego, a także wiedzy o zapotrzebowaniu organizmu na substancje odżywcze, w zależności od pory dnia oraz warunków klimatycznych.
Śniadanie
W czasie snu organizm robi swego rodzaju remanent i odkłada energię w postaci tłuszczu w odpowiednich tkankach – nadmiar w tkance tłuszczowej. Dlatego po przespanej nocy zapotrzebowanie energetyczne organizmu jest zerowe. Za to mózg zgłasza zapotrzebowanie na lecytynę, która jest niezbędna dla prawidłowego funkcjonowania komórek nerwowych, a najwięcej jest jej w żółtkach jajek.
Być może nasi paleolityczni przodkowie w sezonie lęgowym ptaków zbierali duże ilości jajek, które w chłodnym klimacie stosunkowo łatwo było przechowywać, i rano, kiedy nie chce się tak bardzo jeść i przygotowywać skomplikowanego posiłku też się nie chce, na śniadanie jedli jajka? W każdym bądź razie w wielu krajach także dziś tradycyjnie na śniadanie jada się jajka.
Jajka mogą być ugotowane na miękko lub na twardo, albo usmażone na maśle, smalcu, słoninie, boczku czy bekonie. Mogą być tylko posolone albo z majonezem czy innymi dodatkami. Jeśli chodzi o ilość jajek, to nie ma tutaj jakichkolwiek ograniczeń; powinno być ich tyle, by się porządnie najeść, gdyż porządne śniadanie rzutuje na nasze dobre samopoczucie w ciągu całego dnia.
Ci, którzy nie lubią jajek, nie powinni oczywiście jeść ich na siłę, gdyż najważniejszą cechą posiłku jest to, że musi nam smakować. Jajka z powodzeniem można zastąpić daniem mięsnym. Powinny to być dania raczej proste – pokrojona w kostkę usmażona z cebulą wieprzowina, wątróbka usmażona z cebulą czy ugotowana surowa kiełbasa, np. frankfurterki.
Jeśli chodzi o pieczywo, to najzdrowiej byłoby go nie jeść w ogóle. Niemniej jednak jest ono mocno zakorzeniona w tradycji kulinarnej, bo wygodne w użyciu, no i smakuje nam. Toteż wystarczy, że w istotny sposób ograniczymy jego ilość, by pieczywo nie było podstawą wyżywienia, a jedynie stanowiło symboliczny dodatek, np. cienka kromka chleba grubo posmarowana masłem lub smalcem, jeśli rzecz jasna lubimy posmarowane pieczywo. Nie ma większego znaczenia, czy będzie to pieczywo razowe, zawierające pewne ilości błonnika, czy też białe, tego błonnika pozbawione, gdyż łatwo można ów błonnik uzupełnić w pozostałych posiłkach.
Drugie śniadanie
Najczęściej między śniadaniem a obiadem odczuwamy głód, zwłaszcza jeśli śniadanie było wczesne, a do obiadu jeszcze daleko. Nie jest dobrze przetrzymywać ten głód i czekać do obiadu, bowiem głód jest sygnałem organizmu mówiącym, że jakichś ważnych dla niego substancji zaczyna już brakować. Toteż drugie śniadanie warto zjeść, nawet, a może zwłaszcza wtedy, gdy się odchudzamy, ponieważ zjedzenie drugiego śniadania wpłynie na zmniejszenie ilości posiłku zjedzonego na obiad.
Na drugie śniadanie należy jeść kanapki z pieczywa posmarowane masłem lub smalcem, z dodatkiem grubego plastra ugotowanego mięsa bądź dobrej jakości wędliny. Jednak należy pamiętać, że o tej porze dnia wzrasta zapotrzebowanie organizmu nie tylko na substancje energetyczne, ale także na witaminy i substancje mineralne. Z tego właśnie względu do kanapki powinno się dodać rozmaite surowe warzywa, takie jak cebula, papryka, a w sezonie ogórek i pomidor. Doskonale na drugie śniadanie nadają się także sałatki warzywne.
Bardzo pożądanym dodatkiem do drugiego śniadania (również dla tych, którzy drugiego śniadania nie jedzą) jest jabłko. Jabłka zawierają około 83 % wody, a w pozostałej części niewielkie ilości białka, kwasy organiczne (jabłkowy, cytrynowy, chinowy, bursztynowy i inne), cukry (w tym cukry proste: glukozę i fruktozę), błonniki (rozpuszczalny i nierozpuszczalny), witaminy (A, B1, B2, B3 i C) oraz składniki mineralne, głównie potas, fosfor, wapń, sód, magnez, krzem i żelazo. Ponieważ większość witamin i minerałów znajduje się w skórce jabłek, należy jadać je nie obrane (po dokładnym umyciu i wytarciu).
Dobrym nawykiem jest wyjadanie pestek z jabłek, które zawierają potrzebne systemowi odpornościowemu substancje fitochemiczne oraz amigdalinę.
Jak widzimy, jabłka są jakby stworzone do tego, by systematycznie dostarczać organizmowi witaminy i minerały, a także wodę jakością znacznie przewyższającą wszelkie wody kupowane w butelkach, czego często nie bierze się pod uwagę.
Obiad
W środku dnia zapotrzebowanie energetyczne organizmu jest największe, toteż głównym daniem obiadu powinno być mięso – wołowe, wieprzowe, drobiowe lub ryb.
Ponieważ do wydalenia produktów przemiany materii powstających po zjedzeniu mięsa potrzebna jest spora ilość witamin, to mięso powinno być wagowo zrównoważone surówką, np.: 5 dkg mięsa – 5 dkg surówki; 10 dkg mięsa – 10 dkg surówki, itd. Do surówki powinno się dodać jakiś tłuszcz – śmietanę, majonez albo olej. W zasadzie taki posiłek w zupełności wystarcza, by pokryć zapotrzebowanie organizmu na substancje odżywcze, gdyż do podtrzymania życia wcale nie jest potrzebna duża ilość pożywienia, lecz jego jakość gwarantująca dostarczenie organizmowi wszystkich potrzebnych mu substancji odżywczych, którymi są: białka, tłuszcze, cukry, witaminy, minerały oraz woda. W posiłku składającym się z mięsa i surowych warzyw wszystkie te substancje znajdują się w odpowiednich ilościach i optymalnych proporcjach.
Niestety, przyzwyczajeni jesteśmy do posiłków objętościowych (będących spadkiem po okresie rolnictwa) i tradycyjnie pokutują na naszych stołach rozmaite wypełniacze, których zadaniem jest wypchanie żołądka i uzyskanie zafałszowanego odczucia sytości. Na owe wypełniacze powinniśmy zwrócić szczególną uwagę, bowiem to właśnie one stanowią dla organizmu dodatkowe, niepotrzebne obciążenie, które z czasem musi zaowocować zakłóceniem jego funkcjonowania, zwanym chorobą. Jeśli mówimy o błędach żywieniowych, to w zdecydowanej większości dotyczą one bezsensownego wypychania żołądka wypełniaczami, do których należą ziemniaki i produkty mączne, a ostatnio coraz częściej biały ryż.
Po ugotowaniu obranych ziemniaków i odlaniu wody pozostaje w zasadzie jedynie skrobia, czyli cukier oczyszczony ze wszystkich witamin i minerałów. Dla organizmu jest to sytuacja bardzo niekorzystna, ponieważ otrzymuje sporą porcję materii pozbawionej witamin, niezbędnych do wydalenia produktów związanych z jej przemianą w energię. Ze zdrowotnego punktu widzenia tego typu dania są zbędnym obciążeniem organizmu i najlepiej byłoby je z naszego jadłospisu wyeliminować, albo przynajmniej ograniczyć do niewielkiej ilości – symbolicznej. Natomiast ziemniaki ugotowane w mundurkach zachowują sporą część witamin i minerałów, toteż z powodzeniem nadają się jako dodatek do dań głównych.
Innym, niezwykle szkodliwym daniem z ziemniaków są frytki. Są dwa powody, które decydują o ich szkodliwości. Po pierwsze, są smażone na oleju, który jako tłuszcz nienasycony, poddany działaniu wysokiej temperatury, utlenia się lawinowo. Po drugie, wysoka temperatura niszczy większość witamin i soli mineralnych. W rezultacie otrzymujemy produkt energetyczny pozbawiony wszystkich wartościowych substancji, w zamian za to nafaszerowany toksynami, głównie wolnymi rodnikami tlenowymi. Najlepszym wyjściem byłoby nie jeść frytek, ale wielu z nas bardzo je lubi, więc warto znaleźć jakiś kompromis. Nic się oczywiście strasznego nie stanie, jeśli od czasu do czasu zjemy sobie porcję frytek, ale najlepiej, jeśli są one usmażone na smalcu. Po wtóre, dobrze by było zrównoważyć je surówką, podobnie jak równoważymy mięso.
Podobnymi bezwartościowymi wypełniaczami są produkty mączne oraz ryż. I nie chodzi tylko o to, że z reguły są one oczyszczone z błonnika, gdyż nawet z błonnikiem składają się głównie z węglowodanów, a to znaczy, że zbyt duże ich spożywanie nadmiernie obciąża trzustkę przyczyniając się do powstania tak zwanej cukrzycy wieku dorosłego. Ponadto spożycie nadmiernej ilości węglowodanów w połączeniu z tłuszczem prowadzi do innej tak zwanej choroby cywilizacyjnej – nadwagi. Ewidentnie szkodliwe wypełniacze z powodzeniem można zastąpić albo przynajmniej urozmaicić wypełniaczami zdrowymi – kaszą, fasolą, grochem, kalafiorem, bakłażanem.
Jeśli chodzi o zupy, tradycyjnie podawane jako pierwsze danie obiadu, to ugotowane na kościach, z dodatkiem warzyw, dostarczają organizmowi sporą porcję przyswajalnej żelatyny i błonnika. Ale powinny być świeże, nieodgrzewane, gdyż każde odgrzanie zupy powoduje bardzo duży ubytek witamin i minerałów.
Kolacja
Wieczorem, u schyłku dnia zapotrzebowanie energetyczne organizmu maleje, a i zdrowy rozsądek podpowiada, żeby nie jeść ani późnych, ani obfitych kolacji, bo nie można zasnąć, a po zaśnięciu sen jest niespokojny. Do przygotowania kolacji najbardziej nadają się takie produkty, jak: podroby (szczególnie smażona wątróbka), ryba (smażona, wędzona, solony śledź), a od czasu do czasu także twaróg z wiejskiego mleka ze szczypiorkiem lub podpuszczkowy ser dojrzewający. Do tego może być jakaś kasza, która ze skwarkami może stanowić samodzielne danie, albo placki ziemniaczane, a nawet frytki.
Nie jest dobrze podjadać między posiłkami głównymi, ale jeszcze gorzej jest głodować. A już karygodnym błędem jest jeść produkty lekkostrawne wywołujące gwałtowne wahnięcia glukozy we krwi. Toteż dobrym wyjściem w przypadku wystąpienia głodu jest wypić koktajl błonnikowy albo zjeść jakąś kanapkę z wędliną lub żółtym serem, sałatkę warzywną, nasiona roślin oleistych – orzechy ziemne, laskowe, włoskie, albo gorzką czekoladę z orzechami.
Autor: Józef Słonecki