Nieoceniony i niedoceniony ocet jabłkowy

Swego nie znacie, cudze chwalicie, nie wiecie nawet, ile tracicie. Tym jakże polskim sposobem nasz rodzimy ocet jabłkowy dotychczas nie doczekał się uznania, na jakie bez wątpienia zasługuje. Jego jedyną bowiem wadą jest to, że nie pochodzi zza siedmiu gór, zza siedmiu mórz, nie ma jakiejś dziwnej, trudnej do wymówienia nazwy, nie ma problemów z jego zdobyciem, no i nie kosztuje nie wiadomo ile. Jednym słowem: nasz ocet jabłkowy nie wywołuje tak pożądanego efektu placebo, jest więc niedoceniany, nierzadko wręcz pogardzany. Przykre to, ale jakże po polsku prawdziwe. 

Moje osobiste doświadczenia z octem jabłkowym

Któregoś dnia zgłosili się do mnie młodzi rodzice z rocznym dzieckiem, na którego brzuchu i plecach pojawiły się czerwone, dość rozległe plamy, które utrzymywały się kilka dni. Zaniepokoiło to rodziców, więc poszli do lekarza, ten zaś przepisał dziecku antybiotyki i maść sterydową. Rodzice przeczytali niepożądane działania uboczne leków i bali się je zastosować, zwłaszcza że plamy nie powiększały się, a jedynie nie chciały zniknąć, więc zaraz po wizycie u lekarza zjawili się w moim gabinecie. Oglądnąłem plamy na skórze dziecka, zbadałem dłonią, i nie dopatrzyłem się niczego niepokojącego, więc zaleciłem nawilżanie ich octem jabłkowym. Tu pojawił się problem – rodzice nie mieli octu. Nie znam lepszego sposobu usuwania tego typu zmian skórnych, więc nie było rady – dałem im swój. Następnego dnia wpadła do mnie rozpromieniona matka dziecka. Z jej relacji wynikało, że zmiany skórne ustępowały niemalże w oczach, w miarę ich smarowania wacikiem nasączonym octem jabłkowym.

Ledwo zdążyła dojrzeć następna porcja octu, a tu znowu przyszli młodzi rodzice z dwuletnim dzieckiem, u którego pojawiły się czerwone, wybroczynowe plamy na pośladkach i udach. Pod dłonią wyczułem głębokie stany zapalne, więc tym razem także zaleciłem przemywanie chorobowo zmienionych miejsc octem jabłkowym, ale tym razem rozcieńczonym, i uprzedziłem rodziców, że na początku zmiany skórne mogą się zaognić. I znowu rodzice nie mieli octu jabłkowego, więc znowu dałem im swój. Tym razem trwało nieco dłużej, ponieważ pierwszego dnia zmiany nieco zaogniły się, ale zaraz po tym nastąpiło szybkie gojenie się skóry i po kilku dniach po plamach nie pozostało śladu.

Kolejny ocet jabłkowy musiałem oddać pewnej kobiecie z rozległymi zmianami zapalnymi skóry na łydce i stopie, więc trzeba było pilnie zastosować okłady z octu jabłkowego. Wtedy poszedłem po rozum do głowy i obecnie nastawiam dwa octy jabłkowe.

Rodzice dzieci z plamami na skórze i kobieta z chorą nogą nie byli osobami nieświadomymi. Wszyscy przeczytali dwa pierwsze tomy „Zdrowia na własne życzenie”, więc wiedzieli także o occie jabłkowym, ale sprawę zlekceważyli. Zupełnie inaczej jest teraz, gdy się przekonali o jego nadzwyczajnych właściwościach. Teraz nie tylko utrzymują żelazną rezerwę octu jabłkowego jako lek pierwszej pomocy, ale dodają go do herbaty i innych napojów zamiast cytryny, a także do potraw zamiast octu spirytusowego. Tak to już jest, że przekonanie się na własnej skórze jest najlepszą reklamą.

Podłoże determinuje rozwój drobnoustrojów

Wiem, że ocet powinien dojrzewać w ciemnym miejscu, sam o tym pisałem, ale u mnie stoi on na biurku. Dlaczego? Otóż fascynuje mnie, jaką naukę można wyciągnąć z prostego z pozoru procesu powstawania octu jabłkowego.

Pierwszego dnia są tylko obierki jabłek zalane słodką wodą, ale już na drugi dzień w zalewie zaczyna coś się dziać – rozpoczyna się fermentacja alkoholowa. Ale co to jest ta fermentacja alkoholowa? Z chemicznego punktu widzenia jest to rozkład węglowodanów pod wpływem enzymów wytwarzanych przez drożdże, z wytworzeniem alkoholu etylowego i dwutlenku węgla: C6H12O6 → 2C2H5OH + 2CO2. Niby wszystko jest jasne, a jednak nie jest. No bo skąd wzięły się owe drożdże, skoro dokładnie umyłem słoik i jabłka, a wodę przegotowałem? Wiadomo, z powietrza, w którym przebywają jako formy przetrwalnikowe.

Rzecz w tym, że powietrze pełne jest rozmaitych drobnoustrojów, a ja przecież nie wybierałem, które mają wejść do słoika, a które nie. Fenomen ten dawno temu wyjaśnił Pasteur stwierdzeniem: „Podłoże jest wszystkim, bakteria zaś niczym.” Jest to fundamentalne prawo natury mówiące, że aby drobnoustroje mogły się rozmnażać, potrzebują ściśle określonych (selektywnych) warunków, zwanych podłożem. Pożywka jest ważnym warunkiem hodowli drobnoustrojów, ale nie jedynym. Na przykład drożdże nie będą się rozwijać w cukrze, dopóki będzie on w cukierniczce. Także rozpuszczenie cukru w wodzie nie spowoduje wzrostu drożdży, ponieważ rozmnażanie wiąże się z koniecznością budowania nowych komórek, do tego zaś niezbędne są kwasy nukleinowe, białka, tłuszcze, mikroelementy oraz witaminy. Tych niezbędnych substancji budulcowych dostarczają drożdżom owoce. Inaczej mówiąc: drożdże dokonują rozbiórki komórek roślinnych, a z pozyskanego materiału, po odpowiedniej modyfikacji, budują swoje komórki. Proces metaboliczny, w którym materia o prostej budowie jest zamieniana na materię o budowie złożonej, zwie się anabolizmem. Produktami przemiany materii anabolizmu jest potrzebna do budowy komórek materia, toteż jego ostatecznym efektem jest zwiększenie ilości komórek. W przypadku organizmów wielokomórkowych jest to przyrost masy ciała, zaś w przypadku organizmów jednokomórkowych jest to ich rozmnożenie się, a więc wzrost ilości poszczególnych osobników, czyli także przyrost (ogólnej) masy.

Tutaj rodzi się pytanie: po co w takim razie drożdżom potrzebne są węglowodany, a więc ów cukier rozpuszczony w wodzie, którą zalewamy obierki jabłek? Otóż drożdże pozyskują z nich energię w innym procesie metabolicznym, zwanym katabolizmem, czyli przemianą materii na energię niezbędną wszystkim organizmom żywym do podtrzymywania funkcji życiowych. Prócz energii, produktami przemiany materii na energię są trujące wydaliny, zwane produktami przemiany materii. W przypadku drożdży jest to alkohol oraz dwutlenek węgla. Gdyby na tym etapie produkcji octu jabłkowego uszczelnić słoik i założyć rurkę fermentacyjną, która odcina dopływ powietrza, to otrzymamy wino jabłkowe.

Kolejny etap produkcji octu jabłkowego to kolejny dowód na to, że to podłoże determinuje rozwój drobnoustrojów, natomiast one same do gadania nic nie mają. Przenosi je ruch powietrza, albo inny „przewoźnik”, a gdy trafią na odpowiednie podłoże – rozmnażają się. Tym sposobem bakterie octowe trafiają na powierzchnię wina i rozmnażają się, wykorzystując zawarte w winie substancje budulcowe. Niezbędny jest im tlen, którym utleniają pobrany z wina alkohol i w ten sposób wytwarzają niezbędną do podtrzymania funkcji życiowych energię. Jako produkty przemiany materii na energię bakterie octowe wydalają wodę i ocet, czyli to, o co chodziło od początku.

Ktoś mógłby pomyśleć, po co w takim razie nadal obserwować kolejną zalewę, skoro i tak wyjdzie to samo – ocet. Przecież to nudne. Tymczasem dla mnie właśnie to jest fascynujące – ta niesamowita powtarzalność. Dobierają się dwa drobnoustroje – drożdże i bakterie octowe – i wespół produkują ocet. Nie dziwi mnie, że one się tam znalazły, wszak wiem, że są one wszechobecne w naszym otoczeniu, ale to, że właśnie one. Czyżby inne rodzaje drobnoustrojów, których w naszym otoczeniu jest bez liku, jakimś dziwnym trafem nie trafiły do słoika, tylko akurat te niezbędne do wytworzenia octu? Ależ trafiły, tylko że nie zastały w nim odpowiadającego im podłoża. Czy to znaczy, że w niezamkniętym szczelnie słoiku przez dwa tygodnie zbierają się wszystkie drobnoustroje przenoszone ruchem powietrza? Przecież są wśród nich nie tylko drobnoustroje wywołujące gnicie czy pleśnienie, ale także drobnoustroje chorobotwórcze. Tak jest w istocie – wszystkie te drobnoustroje trafiają do słoika, tylko że – nie znalazłszy tam odpowiedniego podłoża – nie rozwijają się, a następnie giną, o czym będzie później.

Organizm ludzki jako podłoże rozwoju drobnoustrojów

Podobnie jak w przypadku octu jabłkowego, rozwój wszystkich drobnoustrojów zdeterminowany jest przez podłoże, na które trafią. Dotyczy to także organizmu ludzkiego, który może (warunkowo) stanowić podłoże dla drobnoustrojów chorobotwórczych, dawniej zwanych bakcylami, a obecnie zarazkami.

Jest istotna różnica między martwym podłożem a żywym organizmem, wyposażonym w system odpornościowy, który nie powinien dopuścić do przeniknięcia jakichkolwiek zarazków do organizmu, nie mówiąc o ich swobodnym rozwoju. Tak przynajmniej stara się nam wmówić medycyna, ignorując przy tym fundamentalne prawo natury nakazujące organizmom wielokomórkowym szczególną dbałość nie tylko o ilość komórek, z których są zbudowane, ale nade wszystko o ich jakość.

Szkopuł w tym, że komórki niespełniające wymogów jakościowych (które należałoby usunąć) rozmnażają się, czyli że z upływem czasu jest ich coraz więcej. Szczególne znaczenie ma to w okresie wzrostu organizmu, istotą którego jest wzrost ilości komórek. Komórki rozmnażają się przez podział, a więc wskutek powielania cech, toteż właśnie w okresie wzrostu istnieje największe ryzyko, że z jednej zdefektowanej komórki rozwinie się spory fragment zdefektowanej tkanki. By temu zapobiec, natura wymyśliła choroby wieku dziecięcego.

Wbrew medycznej propagandzie, rola systemu odpornościowego nie jest jednowariantowa, sprowadzająca się jedynie do obrony organizmu przed zakażeniem drobnoustrojami chorobotwórczymi. To jednowariantowe i prymitywne rozumowanie ma nakłonić jednowariantowych i prymitywnych pacjentów i lekarzy do jednowariantowego i prymitywnego postępowania w przypadku chorób infekcyjnych – leczenia. W rzeczywistości kompetencje systemu odpornościowego są o wiele większe, a jedną z nich jest przyzwolenie na zainfekowanie organizmu zarazkami.

Po wyłączeniu systemu odpornościowego organizm staję się typowym podłożem dla drobnoustrojów, podobnie jak zalewa octu jabłkowego. Tutaj także mamy do czynienia z typowym w naturze selektywnym doborem drobnoustrojów, zdeterminowanym rodzajem podłoża, którym są żywe komórki. Z uwagi na silne zróżnicowanie komórek istnieje stosunkowo dużo rodzajów zarazków, ewolucyjnie przystosowanych do zasiedlenia poszczególnych tkanek. Zazwyczaj są to wirusy, które niczym drapieżniki atakują najsłabsze komórki powinowatych sobie tkanek.

Ostatecznym celem selekcji najsłabszych komórek jest wyropienie, czyli ewakuacja z organizmu w postaci wydaliny zwanej ropą. By to było możliwe, fragmenty komórek zabitych przez wirusy muszą ulec przetworzeniu przez kolejne drobnoustroje, analogicznie jak w produkcji octu jabłkowego alkohol jest przetwarzany na ocet. Przy niewielkiej ilości materiału komórkowego rolę tę spełniają komórki żerne systemu odpornościowego, które w istocie są niejako drobnoustrojami endogennymi, natomiast jeśli ilość materiału komórkowego przekracza wydolność przerobową komórek żernych, organizm chętnie posługuje się drobnoustrojami egzogennymi, zwanymi bakteriami chorobotwórczymi. Tutaj także obowiązuje fundamentalne prawo natury, zgodnie z którym podłoże decyduje o selektywnym rozwoju drobnoustrojów, dlatego – w zależności od rodzaju tkanki – mamy do czynienia z różnymi rodzajami bakterii: gronkowcami, paciorkowcami, pałeczkami, laseczkami, prątkami, krętkami, maczugowcami, i tak dalej.

Ostatecznym produktem współdziałania drobnoustrojów biorących udział w usuwaniu z organizmu najsłabszych komórek jest łatwa do wydalenia ropa, która najpierw trafia do krwiobiegu, a następnie w postaci typowej gęstej wydaliny jest ewakuowana do środowiska zewnętrznego. Najbardziej typową drogą wydalania ropy są gruczoły śluzowe błony śluzowej, głównie przewodu pokarmowego (czego na ogół nie widać), a także dróg oddechowych w postaci kaszlu i/lub kataru. Inne drogi ewakuacji ropy, jak ropne zapalenie migdałków bądź ropne wykwity skórne, należą do awaryjnych i w normalnych warunkach wykorzystywane są rzadko. Warto zwrócić uwagę, że jeśli już organizm zdecydował się ewakuować ropę w postaci owrzodzenia skóry, to pod żadnym pozorem nie należy tego leczyć. Najlepiej nic nie robić, ewentualnie przyśpieszyć ewakuację ropy poprzez nałożenie grubej warstwy maści ichtiolowej.

Tak oto, obserwując powstawanie octu jabłkowego, mając podstawową wiedzę przyrodniczą, łatwo możemy zrozumieć, jak fałszywa jest propaganda medyczna, każąca nam walczyć z naturą tylko po to, żeby nieustannie zwiększać i tak już nieprzyzwoicie wysokie zyski farmaceutycznych karteli.

Zakwaszanie podłoża

Po około dwóch tygodniach (plus, minus trzy dni) fermentacja w słoiku ustaje, zaś na jego dnie zbiera się osad białoszarych grudek, utworzony przez miliony komórek drożdży, które przez ten czas rozmnożyły się z niewielkiej ilości przyniesionych z powietrzem spor, a teraz wyglądają jak martwe. Jeśli spróbujemy płynu ze słoika, to okaże się, że jest kwaskowaty i słodki. Nie taki, jak na początku, ale jednak słodki, a więc to nie brak pożywki spowodował śmierć drożdży. Zresztą wcale nie są one martwe, tylko po prostu przestały być aktywne. Gdyby włożyć je do kolejnej zalewy, to natychmiast uaktywnią się na powrót. Więc co spowodowało, że podłoże przestało być korzystne dla rozwoju drożdży? Powodem jest kwaskowaty smak świadczący, że drożdże wespół z bakteriami octowymi zmieniły zalewę cukrową w roztwór kwasu octowego, który jest naturalnym konserwantem. Specyficznym konserwantem, ponieważ w tym stężeniu ma tę przewagę nad innymi konserwantami, że nie zabija komórek, a jedynie wstrzymuje ich aktywność.

Odcedzony ocet jabłkowy wydaje się być stosunkowo klarowny, ale w rzeczywistości pływają w nim miliony niewidocznych gołym okiem komórek drożdży i bakterii octowych. Po kilku dniach komórki drożdży opadają na dno tworząc białoszary osad, natomiast komórki bakterii octowych unoszą się ku powierzchni, gdzie zbierają się w białoszary kożuch. W zasadzie można to tak zostawić, albo przefiltrować przez sitko wyłożone papierowym ręcznikiem.

Zakwaszanie podłoża jest typową metodą konserwowania podłoża, stosowaną przez ludzki organizm, by nie dopuścić do niekontrolowanego rozwoju drobnoustrojów, jeśli przenikną pierwszą linię obrony, zwaną obroną nieswoistą. Nasze płyny ustrojowe – krew i limfa – są 0,9% roztworem soli (NaCl), która z chemicznego punktu widzenia jest solą* kwasu solnego i sodu. Słone, a więc kwaśne, są łzy, pot i mocz.

* Sole to grupa związków chemicznych powstałych w wyniku całkowitego lub częściowego zastąpienia w kwasach atomów wodoru innymi atomami. Do soli zalicza się wiele grup związków chemicznych, na przykład sole amonowe, sole potasowe, a także występujące tylko w naturze sole mineralne, potocznie zwane minerałami, ponieważ w ich skład wchodzą substancje mineralne, czyli makro- i mikroelementy.

Zakwaszanie pochwy

Zaskakująco skomplikowany sposób utrzymywania kwasowości podłoża spotykamy w pochwie, do której dostęp mają w zasadzie wszystkie drobnoustroje występujące w środowisku zewnętrznym, niczym do słoika osłoniętego gazą, jednak – w normalnych warunkach – dominują w niej bakterie kwasu mlekowego. Jak to jest możliwe? Otóż jest to efekt celowego działania organizmu kobiety, który dostarcza komórkom nabłonkowym pochwy duże ilości wielocukru glikogenu pełniącego rolę zwierzęcej skrobi. Nabłonek, podobnie jak naskórek, złuszcza się, a zawarty w nim glikogen staje się pożywką dla bakterii kwasu mlekowego, które jako produkty przemiany materii wydalają kwas mlekowy, czyli zakwaszają podłoże. To w zupełności wystarczy, by zahamować albo zasadniczo spowolnić rozwój pozostałych drobnoustrojów zasiedlających środowisko pochwy, najczęściej niekorzystnych, a czasami wręcz chorobotwórczych.

Lactobacillus acidophilus – bakteria zakwaszająca mleko

W normalnych warunkach w pochwie bytuje ponad 100 rodzajów drobnoustrojów, z czego zdecydowana większość to rozmaite gatunki bakterii, a wśród nich także Lactobacillus acidophilus – bakteria zakwaszająca mleko. Jej nazwa wywodzi się od łac. lacto – mleko, bacillus – laseczka i acidophilus – kwasolubny. Byłoby dziwne, gdyby tej bakterii nie było w pochwie, ponieważ jej formy przetrwalnikowe są wszechobecne w naszym otoczeniu. W naszym occie jabłkowym z pewnością też się znajdują, nie znaczy to bynajmniej, że ocet jabłkowy jest odpowiednim podłożem dla rozwoju bakterii zakwaszających mleko, gdyż wówczas otrzymalibyśmy kwas mlekowy zamiast octu. To samo dotyczy pochwy, w której, owszem, można znaleźć bakterie zakwaszające mleko, ale nie dlatego, że jest to ich środowisko, lecz dlatego, że systematycznie przenikają tam z powietrza.

Twierdzenie, że Lactobacillus acidophilus wchodzi w skład mikroflory pochwy jest kłamstwem powtarzanym przez producentów probiotyków tak często, aż wryło się w świadomość zwykłego zjadacza chleba jako prawda niemalże objawiona.

Mikroflora pochwy

Historia mikroflory pochwy jest długa i zagmatwana. W roku 1892 niemiecki ginekolog Albert Döderlein (1860 - 1941) opisał bakterie, które w pochwach zdrowych kobiet występowały bardzo licznie, zaś u kobiet z chorobami ginekologicznymi rzadko albo wcale. Były one podobne do występujących w kwaśnym mleku bakterii Lactobacillus acidophilus. W tamtych czasach mikroskopy były jeszcze dość prymitywne, więc nie pozwalały różnicować rodzajów bakterii na gatunki, toteż nadano im ogólną nazwę: bakterie (mylnie: pałeczki)* kwasu mlekowego. Szybko jednak zauważono różnice w hodowli bakterii pobranych z pochwy od bakterii pobranych z kwaśnego mleka, więc nadano im swoistą nazwę: pałeczki (bakterie) Döderleina, i na 100 lat o nich zapomniano.

Ponownie bakteriami Döderleina zainteresowały się koncerny produkujące probiotyki. Na ich zlecenie rozpoczęto wiele badań, których wyniki nie są publikowane, ze względu na tajemnicę handlową. Do publicznej wiadomości przenikają tylko wyniki tych badań, które zakończyły się fiaskiem – nie udało się stworzyć szczepów bakterii, które można hodować na skalę przemysłową i zastąpić nimi naturalną mikroflorę pochwy. Dobre i to, bowiem nawet ta szczątkowa wiedza pozwala wyciągnąć konkretne wnioski.

Prawidłową mikroflorę pochwy tworzą trzy gatunki bakterii z rodzaju Lactobacillus: L. crispatus, L. jensenii oraz L. gasseri. Bakterie te są symbiotyczne, a więc ewolucyjnie związane z nami, i odwrotnie, w związku z czym nie można ich hodować poza organizmem. Wiele laboratoriów genetycznych, na zlecenie koncernów produkujących probiotyki, stara się stworzyć genetycznie zmodyfikowane szczepy tych bakterii, które można by hodować w menzurkach i sprzedawać kobietom w celu odtworzenia mikroflory pochwy, ale na razie próby te spełzają na niczym. Szczepy bakterii sprzedawane dotychczas jako probiotyki potrafią jedynie przetrwać w środowisku pochwy kilkanaście dni, ale nie potrafią stworzyć specyficznej mikroflory.

Ważną, jeśli nie najważniejszą cechą przystosowującą symbiotyczne bakterie L. crispatus, L. jensenii oraz L. gasseri do życia w środowisku pochwy jest adhezja, czyli zdolność trwałego przylegania do nabłonka i do siebie wzajemnie, dzięki czemu tworzą one biofilm** bakteryjny pomiędzy ścianą a wnętrzem pochwy. Tym sposobem bakterie symbiotyczne pochwy odnoszą pierwszą korzyść, jaką jest bezpośredni dostęp do pożywki. Teraz pozostaje tylko zwalczenie konkurencji, czyli pozostałych bytujących w pochwie amatorów słodziutkiego glikogenu.

Pożywkę dla L. crispatus, L. jensenii oraz L. gasseri stanowią fragmenty złuszczonego nabłonka, które wykorzystują do budowy własnych komórek, natomiast glikogen jest im potrzebny wyłącznie do pozyskania energii. Produktem ubocznym przemiany glikogenu na energię jest kwas mlekowy, który bakterie wydalają do podłoża, zakwaszając je. W normalnych warunkach pH pochwy wynosi 3,5, więc jest zabójcze dla nieacidofilnych drobnoustrojów napływających ze środowiska zewnętrznego, dzięki czemu spora część konkurencji ginie. Pozostaje około 100 gatunków drobnoustrojów acidofilnych, a więc przystosowanych do życia w środowisku kwaśnym, wśród który znajduje się przeszło 20 gatunków bakterii z rodzaju Lactobacillus, m.in. L. acidophilus, które chętnie by się pożywiły złuszczonym nabłonkiem, ale na przeszkodzie stoi zapora biofilmu stworzonego przez bakterie symbiotyczne. Nie mając pożywki, nie mogą się rozmnażać, i tym sposobem bakterie symbiotyczne mają wszystkich konkurentów z głowy. Jak widzimy: to co robią bakterie symbiotyczne pochwy, robią dla siebie, a że przy okazji korzystają z tego kobiety... Na tym wszak polega symbioza.

* Nazwa „pałeczki” kwasu mlekowego jest myląca, ponieważ sugeruje, że mają one kształt pałeczek. W rzeczywistości są to bakterie (łac. bacteria – pałeczka) kwasu mlekowego, zaś kształt mają laseczek (łac. bacillus – laseczka).

** Biofilm (ang. film – warstwa) to warstwa drobnoustrojów trwale związanych z jakąś powierzchnią i ze sobą siłami adhezji, w wyniku czego tworzą niejako wielokomórkowy organizm. Biofilmy powstają w różnych miejscach, najczęściej na powierzchniach martwych będących w stałym kontakcie z wilgocią, na przykład rury kanalizacyjne, zanurzone w wodzie kadłuby statków, cewniki, a także na powierzchniach roślin, najczęściej na liściach, oraz na ciałach ludzi i zwierząt, najczęściej na błonie śluzowej i zębach, gdzie tworzą biofilm zwany nazębną płytką bakteryjną. Biofilmy glonów i bakterii powstają na powierzchni wód stojących, gdzie można je dojrzeć obserwując powierzchnię wody pod odpowiednim kątem.

Wnioski, których nie można nie wyciągnąć

Ekosystem pochwy uwarunkowany jest ścisłym wyścieleniem jej ściany biofilmem bakteryjnym, utworzonym przez trzy gatunki symbiotycznych bakterii kwasu mlekowego z rodzaju Lactobacillus: L. crispatus, L. jensenii oraz L. gasseri. Bakterie te silnie zakwaszają śluz wypełniający jamę pochwy, dzięki czemu staje się on zabójczy dla drobnoustrojów nieacidofilnych. Pozostaje jeszcze około 100 gatunków drobnoustrojów acidofilnych, a więc zdolnych do przeżycia w kwaśnym podłożu, a nawet do rozmnażania się, jeśli tylko znajdą w nim dostateczną ilość pożywki. Rzecz w tym, że bakterie biofilmu zużywają prawie wszystek glikogen już u źródła, więc do śluzu przenikają jedynie resztki. Ze 100 gatunków drobnoustrojów acidofilnych konkurujących o glikogen zawarty w śluzie wypełniającym jamę pochwy najlepiej przystosowane są bakterie zakwaszające mleko – Lactobacillus acidophilus.

Bakterie L. crispatus, L. jensenii oraz L. gasseri bytują na ścianach pochwy, gdzie tworzą trwały biofilm, w związku z czym nie występują w śluzie wypełniającym jamę pochwy. Oczywiście, że natura to nie karabin, więc nie musi być i nie jest perfekcyjnie precyzyjna, toteż nieliczne osobniki znajdują się, jeśli nie w każdym, to z pewnością w większości wymazów* z pochwy. Rzecz w tym, że bakterii tych nie można hodować in vitro, czyli poza organizmem, więc nie tylko w rozmazie**, ale także w posiewie*** wymazu z pochwy zdrowej kobiety dominują bakterie zakwaszające mleko – Lactobacillus acidophilus, natomiast w stanach patologicznych notuje się ubytek tych bakterii, z jednoczesnym wzrostem ilości drobnoustrojów niekorzystnych, głównie drożdżaków z rodzaju Candida.

Medycyna zawsze bierze skutek za przyczynę (taka to już dziedzina, ta medycyna), więc i w tym wypadku pokutuje medyczny pogląd, że przyczyną nieprawidłowej flory bakteryjnej pochwy jest niedobór bakterii zakwaszających mleko. To tak, jakby twierdzić, że przyczyną bezrybia jest brak ryb, a nie zatruta woda. Czy sprawę rozwiąże bezustanne zarybianie takiej wody? A tak właśnie postępuje medycyna, zalecając bezustanne badanie ilości bakterii mlekowych w pochwie oraz regularne ich uzupełnianie. Jest to jedna ze ściem, od których medycyna aż się roi. Bakterie zakwaszające mleko mogą być co najwyżej probierzem mikroflory pochwy, ale żadnym wypadku nie mogą wpłynąć na jakość podłoża i bezpośrednio związaną z tym selektywną wybiórczość zasiedlających je drobnoustrojów!

* Wymaz polega na pobraniu próbki płynów fizjologicznych, wydzielin, wydalin bądź śluzu w celu zbadania składu pod kątem zawartych w niej komórek złuszczonego nabłonka bądź drobnoustrojów, głównie bakterii i grzybów.

** Rozmaz to kropla krwi, wydzieliny, wydaliny bądź śluzu rozprowadzona na szkiełku w celu wykonania badania mikroskopowego.

*** Posiew polega na przeniesieniu pobranego materiału biologicznego na odpowiednie (selektywne) podłoże umożliwiające wzrost drobnoustrojów w taki sposób, żeby wyhodować pojedyncze i odizolowane kolonie bakterii bądź grzybów.

Im dalej w las, tym więcej drzew

Snując rozważania nad słoikiem octu jabłkowego, w zasadzie mógłbym poprzestać na korzystnej roli zakwaszania podłoża. Wówczas pozostałaby myśl czysta – owo zauroczenie mądrością natury. Niestety, myśl mąci się, bo oto do głowy ciśnie się obrazoburcze pytanie: dlaczego jest tak źle, skoro jest tak dobrze? Nie ma rady – skoro powiedziało się a, wypadałoby także powiedzieć be. Ale uprzedzam: już nie będzie tak miło.

Ludzkość zna mnóstwo sposobów, żeby zniszczyć, albo chociaż rozchwiać, delikatną homeostazę między człowiekiem a ewolucyjnie związanymi z nim drobnoustrojami symbiotycznymi i komensalnymi. W tym względzie prym wiedzie medycyna, która wprawdzie nie dysponuje największą ilością sposobów, w każdym bądź razie nie stosuje ich najwięcej, ale za to jej sposoby są bez wątpienia najskuteczniejsze. Toteż właśnie najlepiej będzie rozpatrzyć najlepiej poznany wariant medyczny.

Najpopularniejszym i najskuteczniejszym sposobem niszczenia wszelkiej flory bakteryjnej są przepisywane lekką ręką wszystkim i na wszystko bakteriobójcze antybiotyki. Ktoś mógłby zapytać: co wspólnego mają antybiotyki podawane doustnie albo w zastrzyku z florą bakteryjną pochwy? Nie wiem, ile razy muszę powtórzyć, że błona śluzowa jest główną drogą wydalniczą organizmu.

Wyobraźmy sobie tę scenę martyrologiczną, gdy symbiotyczne, a więc zżyte z nami bakterie, przytulone do ścian pochwy, z dziecięcą ufnością nastawiają pyszczki w oczekiwaniu na słodziutki glikogen, a tu chlust – antybiotyk. Czy może być coś bardziej okrutnego?

Ale na zniszczeniu biofilmu bakteryjnego sprawa się nie kończy, bowiem gdyby nawet wszystkie tworzące go bakterie zostały zabite, to uzyskalibyśmy jałowość pochwy nowo narodzonej dziewczynki, u której już po trzech tygodniach samoistnie powstaje prawidłowa mikroflora pochwy. Wniosek stąd, że drobnoustroje lgną do podłoża, niczym w pułapkę, dopóki owo podłoże jest dla nich atrakcyjne.

Podobnie drobnoustroje biorące udział w powstawaniu octu wpadają do słoika, bo jego zawartość jest dla nich atrakcyjna. To właśnie miał na myśli Pasteur, gdy stwierdził, że podłoże jest wszystkim, bakteria zaś niczym. Dzisiaj wiemy, że jest to zasada uniwersalna i dotyczy wszystkich drobnoustrojów, nie tylko bakterii. Więc co należy zrobić, żeby bakterie L. crispatus, L. jensenii oraz L. gasseri ponownie nie zasiedliły pochwy? Trzeba obrzydzić im podłoże. Jak to zrobić? Są na to sposoby.

Antybiotyk podany dowolną drogą rozprzestrzenia się na cały organizm. Wkrótce potem pojawia się we wszystkich wydzielinach i wydalinach, w tym także w śluzie wydzielanym do przewodu pokarmowego, a dalej do jelita grubego zasiedlanego przez bakterie symbiotyczne, które – co oczywiste – giną wskutek kuracji bakteriobójczym antybiotykiem, to zaś pociąga za sobą katastrofalne konsekwencje. Przede wszystkim – ustają dostawy witamin produkowanych przez owe bakterie, a po wtóre – ich miejsce zajmują inne drobnoustroje, głównie drożdżaki Candida albicans. Komórki organizmu pozbawionego systematycznej dostawy ważnych witamin, z jelitem grubym przepełnionym drożdżakami, stają się coraz słabsze, w końcu wiele z nich obumiera, tworząc martwiczą tkankę.

Ten sam antybiotyk, który zabił bakterie jelitowe, zabił także bakterie pochwowe, a ich miejsce zajęły drożdżaki Candida albicans, które, jeśli tylko w ścianie pochwy pojawi się martwicza tkanka, natychmiast przechodzą metamorfozę w grzyba Candida albicans i wrastają w tę tkankę.

Organizm celowo dopuszcza do zajęcia martwiczej tkanki przez grzyba Candida albicans jako mniejsze zło, bowiem nie dopuszcza on do zasiedlenia tej tkanki przez inne drobnoustroje, z których każdy byłby groźniejszy od tego „naszego” grzyba. Szkopuł w tym, że grzyb Candida albicans nie dopuszcza żadnych drobnoustrojów, w tym także symbiotycznych bakterii pochwowych.

Na początku grzyb Candida albicans z reguły zajmuje niewielką powierzchnię ściany pochwy, więc wystarczy wymienić martwicze komórki na pełnowartościowe, czyli stworzyć mu nieprzyjazne podłoże, a sam się wyniesie. Wpierw jednak trzeba przywrócić prawidłową florę jelitową, usunąć ze ścian przewodu pokarmowego kolonie grzyba Candida albicans, które zapewne tam powstały na tej samej zasadzie, co kolonie na ścianach pochwy, no i systematycznie dostarczać organizmowi pełnowartościową żywność, z której będzie mógłby pobrać substancje niezbędne do regeneracji uszkodzonych tkanek. Rzadko kto to robi. Najczęściej ludzie zadowalają się lekami na niestrawność i jakąś modną dietą, wymyśloną tylko po to, by sprzedać leki zalegające półki nie tylko aptek, ale także sklepów spożywczych. To także przykład tworzenia podłoża, tym razem atrakcyjnego dla ludzi z gatunku Homo patiens.

Przy niewielkich koloniach grzyba, grzybica pochwy nie daje uciążliwych objawów, poza niewielkim dyskomfortem, do którego można się przyzwyczaić. Od czasu do czasu pojawia się swędzenie oraz serowate upławy wywołane przez zarodniki grzyba Candida albicans – drożdżaki. Zmienia się kwasowość śluzu, to zaś rzutuje na skład drobnoustrojów w wymazie, m.in. spadek ilości bakterii kwasu mlekowego – Lactobacillus acidophilus. Sztuczne uzupełnianie tych bakterii obniża kwasowość pochwy, co pozwala w miarę spokojnie doczekać okresu remisji, i jakoś jest.

Jeśli kobieta nie zmieni dotychczasowego trybu życia, a więc tego, który spowodował grzybicę pochwy, to każdy kryzys powoduje mniejsze lub większe powiększenie się kolonii grzyba Candida albicans, w rezultacie czego grzybica obejmuje coraz większą powierzchnię pochwy, w następnej kolejności srom, ujście cewki moczowej, a w końcu także drogi moczowe.

Pałeczki czy laseczki

A miało być o occie jabłkowym. Nie dacie wiary, ale najwięcej czasu w tej myślowej podróży zajęło mi rozszyfrowanie, dlaczego bakterie kwasu mlekowego przezywa się pałeczkami, mimo że są laseczkami. Nie chodzi bynajmniej tylko o słowo, bo to moglibyśmy sobie darować, czy tylko o kształt, bo to także moglibyśmy sobie darować. W końcu jaka to różnica – pałeczka? laseczka? Chodzi o coś zupełnie innego, a mianowicie o to, że w mikrobiologii są to dwie diametralnie różniące się między sobą grupy bakterii:

  1. pałeczki (gr. bacterium) – Gram-ujemne* bakterie niemające zdolności tworzenia przetrwalników,
  2. laseczki (łac. bacillus) – Gram-dodatnie bakterie mające zdolność tworzenia przetrwalników.

Jeśli dodamy, że obie grupy bakterii należą do innych typów – pałeczki do Proteobacterii, laseczki do Firmicutes – to okazuje się, że jedyne co je łączy to to, że są niewidoczne gołym okiem, i że należą do królestwa bakterii. Wszystko inne je dzieli.

Przy okazji tych poszukiwań dokonałem odkrycia. Otóż nazwa „pałeczki kwasu mlekowego” jest idiomem** – zwrotem językowym, którego nie można dosłownie przetłumaczyć na żaden inny język, a to dlatego, że w języku rodzimym nie można rozumieć go dosłownie. No to jak go należy, czy w ogóle można rozumieć? I tu jest pies pogrzebany!

Wyjaśnienie tego idiomatycznego fenomenu muszę rozpocząć od retorycznego pytania: czy dacie wiarę? Czy dacie wiarę, że przezwanie laseczek pałeczkami nie ma nic wspólnego z mikrobiologią uprawianą przez mikrobiologów – specjalistów zajmujących się zagadnieniami związanymi z drobnoustrojami? Wyjaśnienie tego zagadnienia okazuje się kuriozalne, ponieważ etymologia pałeczek nie jest terminem biologicznym, jakby się należało spodziewać, lecz semantycznym, czyli językoznawczym. Otóż etymologicznie pojęcie to pochodzi od łacińskiego słowa: bakteria, które po polsku znaczy: pałeczka. Innymi słowy: pałeczki kwasu mlekowego to po prostu bakterie kwasu mlekowego, które w istocie są laseczkami. Proste, nieprawdaż? A no, proste.

Dlaczego zatem, wprawdzie nie wszyscy, ale zdecydowana większość producentów i sprzedawców probiotyków uparcie przezywa je pałeczkami? W tym szaleństwie jest metoda, chciałoby się powiedzieć. Chodzi o celowe wprowadzenie w błąd, gdyby bowiem nabywca zorientował się, że bakterie zakwaszające mleko są Gram-dodatnimi laseczkami wytwarzającymi przetrwalniki, to zadałby sobie pytanie, po co ma kupować te bakterie, skoro są one wszechobecne w naszym środowisku; czy warto drzewo wozić do lasu? Tak więc „przerobiono je” na Gram-ujemne pałeczki, które przetrwalników nie wytwarzają, więc musi się je kupować.

* Barwienie metodą Grama opracował w roku 1884 duński bakteriolog Hans Christian Gram (1853 – 1938). Cała sztuka polega na wysuszeniu rozmazu i zabarwieniu go fioletem krystalicznym (tym samym, który używany jest do odkażania ran), a następnie przepłukaniu alkoholem etylowym. W zależności od budowy ścian komórkowych, do pewnych gatunków bakterii fiolet krystaliczny przenika i pozostaje po przepłukaniu (są Gram-dodatnie), do innych nie przenika, więc nie pozostaje po przepłukaniu (są Gram-ujemne), czyli nie są wybarwione, w związku z czym trudno je dostrzec pod mikroskopem. Dlatego rozmaz barwi się jeszcze raz barwnikiem kontrastowym, np. sokiem z truskawki, który nie zmienia intensywnego koloru fioletu, zaś bakterie niewybarwione zabarwia na czerwono.

** Idiom, idiomat, idiomatyzm – wyrażenie lub zwrot językowy, którego nie można rozumieć dosłownie ani dosłownie przetłumaczyć na inny język, np. biały kruk, rzucić okiem, piąte koło u wozu, owszem, zbić z pantałyku, zachodzić w głowę.

Specyficzne właściwości octu jabłkowego

Ależ to się rozwinęło... A miało być o occie jabłkowym. No to teraz już wracamy do tematu zasadniczego – octu jabłkowego, który zdążył dojrzeć, i jest już w butelce. Nie jest jakoś specjalnie kwaśny, prawie wcale, ale to nie ma znaczenia. Ważne jest to, że przestał pracować, mimo że pozostał w nim cukier, o czym świadczy lekko słodkawy smak, a to jest znak, że jako podłoże z jakiegoś powodu przestał być atrakcyjny dla drobnoustrojów wywołujących fermentację. Powodem tym są metabolity, czyli ocet, który jest zabójczy dla drobnoustrojów nieacidofilnych, zaś acidofilnych wprawdzie nie zabija, ale wstrzymuje ich rozwój, dzięki czemu jest on sam w sobie konserwantem, czyli substancją niepsującą się.

Przyzwyczajeni jesteśmy do tego, by rany tudzież inne zmiany skórne odkażać środkami zabijającymi wszelkie żywe komórki, a więc nie tylko komórki drobnoustrojów, ale także komórki odkażanej tkanki, co z kolei przysparza martwiczych komórek będących pożywką dla bakterii ropnych i pasożytów. Ten kij ma po prostu dwa końce. Ocet jabłkowy zabija tylko komórki nieacidofilne, czyli nieprzystosowane do życia w podłożu kwaśnym. Pozostają jeszcze ewolucyjnie związane z nami drobnoustroje symbiotyczne i komensalne, które są acidofilne i są oportunistami, a więc potencjalnymi patogenami. Ich ocet jabłkowy nie zabija, ale nie pozwala im się rozmnażać. To w zupełności wystarczy, by organizm najpierw zastrupił, a w końcu zabliźnił ranę bądź inną zmianę skórną.

Niejeden mądrala pomyśli sobie w tej chwili: – Przecież ten sam efekt można osiągnąć stosując rozcieńczony ocet spirytusowy. Po co robić sobie kłopot ze zbieraniem obierek jabłek, kombinować z siatką albo patyczkami utrzymującymi obierki w zanurzeniu, czekać, aż ocet dojrzeje... Szkoda czasu i zachodu.

Ocet z obierek jabłek nie jest zwykłym octem, a nawet octem jabłkowym wykonywanym z całych jabłek. Jest on maceratem obierek jabłek, czyli skórek jabłek, w których nagromadzone są wszystkie wartościowsze substancje zawarte w jabłku. Są tam przeciwutleniacze oraz inne substancje czynne, chroniące miąższ przed negatywnym wpływem środowiska, a także garbniki, mikro- i makroelementy, witaminy i substancje witaminopodobne oraz rozmaite, nie do końca zidentyfikowane związki chemiczne sprzyjające szybkiej regeneracji komórek. Inaczej mówiąc: octu jabłkowego z obierek jabłek nie można zastąpić czymkolwiek innym, a nawet porównać z czymkolwiek innym. Dlatego nie można nie mieć go w domowej apteczce jako środek pierwszej pomocy.

Przykłady zastosowania octu jabłkowego

Kilka przykładów zastosowania octu jabłkowego zamieściłem już w pierwszym tomie „Zdrowia na własne życzenie”, ale to nie wyczerpuje tematu. Postanowiłem zatem zamieścić jeszcze cztery dobrze wypróbowane przykłady zastosowania tego cudownego specyfiku.

Przyśpieszanie oczyszczania

Chorzy chcieliby jak najszybciej powrócić do zdrowia (w czym nie ma niczego dziwnego), więc często zadają mi pytanie: jak by tu przyspieszyć oczyszczanie organizmu z toksyn (co jest fundamentalnym warunkiem zdrowia). Ja z reguły odpowiadam, że nie należy poganiać organizmu do zdrowienia, ponieważ on sam dobrze wie, co robi. Tym niemniej są wyjątki od tej zasady. Jednym z nich jest koktajl cytrynowy, który przyśpiesza oczyszczanie stawów, drugim ocet jabłkowy z wodą, który przyśpiesza oczyszczanie całego organizmu. W obydwu przypadkach należy pamiętać, że nie powinno się wdrażać dodatkowej metody oczyszczania, gdy trwają objawy oczyszczania spowodowane wdrożeniem mikstury oczyszczającej. Należy także liczyć się z reakcją Herxheimera, spowodowaną wzmożonym oczyszczaniem. Nie należy wówczas wpadać w panikę, co często się zdarza, lecz przetrzymać, jeśli są one do wytrzymania, albo po prostu przerwać poganianie organizmu ku zdrowieniu.

Ocet z wodą: Napełnić szklankę wodą, wlać do niej 2 łyżki stołowe (dla dzieci 1 łyżkę) octu jabłkowego i wypijać jeden raz dziennie w przerwie między posiłkami, tj. co najmniej 40 minut po posiłku i co najmniej 30 minut przed kolejnym posiłkiem. Kurację należy kontynuować przez 1 - 3 miesięcy.

Jeśli woda jest dobrej jakości, na przykład mineralna w szklanej butelce albo ze studni głębinowej, to może być nieprzegotowana. W pozostałych przypadkach wodę należy przegotować, najlepiej dzień wcześniej.

Z reguły woda powinna mieć temperaturę pokojową, bywają jednak sytuacje, że powinna być ciepła, na przykład gdy ktoś ma gardło wrażliwe na zimno albo chorobę wrzodową żołądka.

Octowy tron

Najlepiej do tego zabiegu nadaje się krzesło, ewentualnie fotel z miękkim tapicerowanym siedzeniem, w którym powstaje wgłębienie, gdy się na nim usiądzie. Siedzenie przykrywamy folią, na przykład reklamówką bądź workiem na śmieci, a na wierzchu rozkładamy papierowy ręcznik.

Odlewamy około 30 ml octu jabłkowego do metalowego kubka i podgrzewamy na wolnym ogniu, niedopuszczając do wrzenia. Gorący (ale nie parzący) ocet wylewamy na papierowy ręcznik, siadamy gołym ciałem i siedzimy 15 - 20 minut.

W przypadkach ostrych, gdy schorzenie jest bardzo dolegliwe, a zabiegi przynoszą ulgę, można wykonywać je codziennie, a nawet kilka razy dziennie, aż do ustąpienia dolegliwości. W przypadkach przewlekłych, gdy schorzenie nie jest szczególnie dolegliwe, zabiegi należy wykonywać jeden raz dziennie, albo raz na kilka dni, aż do całkowitego wyleczenia schorzenia.

Opisane zabiegi mają wszechstronne zastosowanie w schorzeniach dolnych partii ciała, takich jak:

  • wrzody oraz wszelkie zmiany chorobowe skóry pośladków,
  • hemoroidy, grzybice i guzki krwawnicze odbytu – wspomagająco albo zamiast okładów z tamponów nasączonych alocitem,
  • grzybica pochwy – wspomagająco do tamponowania tamponami nasączonymi alocitem,
  • zapalenie dróg moczowych – wspomagająco ze stosowaniem naparu ziołowego na drogi moczowe,
  • zapalenie prostaty – wspomagająco do naparu ziołowego na drogi moczowe,
  • grzybicze zapalenie sromu,
  • grzybicze zapalenie napletka – wspomagająco w leczeniu grzybicy napletka.

Trudno gojące się wypryski skórne

Na trudno gojące się wypryski oraz inne punktowe zmiany skórne należy nałożyć zamoczony w occie jabłkowym kwadracik wycięty z ręcznika papierowego i pozostawić go do wyschnięcia. Zabieg należy stosować jeden raz dziennie do całkowitego ustąpienia schorzenia.

Ukąszenia owadów, wysypki uczuleniowe

W przypadku pokąsania przez owady czy wysypek uczuleniowych, właśnie ocet jabłkowy powinien być środkiem pierwszej pomocy. Tak więc nie można nie mieć octu jabłkowego zawsze pod ręką.

Autor: Józef Słonecki

Masz spostrzeżenia i uwagi dotyczące artykułu? Podyskutuj na forum!